Daleka północ Manitoby

Podróże są dla mnie bardzo ważną częścią życia. Jestem wdzięczna za to, że jako człowiek mam możliwość zwiedzania wszystkich krain, które sobie tylko wymarzę. Każdy z nas uwielbia oglądać piękne zdjęcia z podróży i słuchać ciekawych opowieści z dalekich wypraw. Na pamięć pewnie znacie już najbardziej popularne, zapierające dech w piersiach widoki z Alberty czy Kolumbii Brytyjskiej.  A co z miejscami mało popularnymi? Powiedzmy sobie szczerze, północ Manitoby nie przyciąga wielu turystów, ale może właśnie to sprawia, że tereny te są jedyne w swoim rodzaju?

Z cywilizacji do buszu

Pamiętacie mój pierwszy wpis o Manitobie? Wspomniałam tam, że lasy są przeważającą częścią krajobrazu prowincji. Mieszkając na preriach można zatęsknić za leśnym krajobrazem. Jadąc na północ Manitoby, lasów jest pod dostatkiem i z łatwością można zobaczyć wielu mieszkańców lasu, jak na przykład niedźwiedzie, których widzieliśmy podczas naszego weekendu aż pięć! Niestety, nadal nie udało mi się zobaczyć łosia, na  którego czekam już od dwóch lat.

Północ Manitoby

To nie tylko lasy. To także malownicze krajobrazy z jeziorami, rzekami i strumieniami. To trochę takie nasze polskie Mazury. Odległości od miejscowości są spore, więc trzeba być przygotowanym na brak Internetu i często zasięgu. Był to chyba nasz najdziwniejszy wypad pod namiot, a wszystko odbywało się w bardzo popularnym teraz nurcie slow, czego kompletnie nie planowaliśmy.

Slow weekend

Zatrzymaliśmy się w  Clearwater Lake Provincial Park oddalonym od miasteczka The Pas o ok. 20 km. Rozbiliśmy nasz drugi dom na polu namiotowym Campers Cove i pomimo długiego weekendu, nie trafiliśmy na tłumy. Przeciwnie, było dużo pustych miejsc, więc mogliśmy cieszyć się prywatnością, w spokoju słuchając odgłosów natury.

Po rozejrzeniu się, zlokalizowaniu toalety i pryszniców, udaliśmy się na plażę. Zostaliśmy zaskoczeni przez lód na powierzchni jeziora. Wyglądało to tak pięknie, że po prostu usiedliśmy na kamienistym brzegu i cieszyliśmy się  widokiem. Cooper oczywiście spróbował kąpieli w lodowatej wodzie, przynosząc nam czasami bryłki lodu wyciągnięte z jeziora.

Z plaży, udaliśmy się w stronę dość krótkiego szlaku (Boreal Way), który zaczynał się nieopodal naszego miejsca camping’owego. Cały szlak ma w sumie 7 km, ale istnieje wybór przejścia tylko 3 kilometrowej pętli. Na szlaku zobaczyć można ślady aktywności bobrów w postaci powalonych drzew. W połowie szlaku znajduje się ławeczka, na której można odpocząć i zrelaksować się słuchając delikatnego szumu strumienia oraz niezliczonej ilości ptaków, zamieszkujących te tereny. Wyjątkowi szczęściarze będą mogli usłyszeć dźwięk, opisywany jako „przytłumione bębnienie”. Sprawcą tego dźwięku jest ptak o nazwie Ruffed Grouse, który uderza skrzydłami o swoje niewielkie ciało. Przypomina to dźwięk odpalania opornego silnika, gdyż uderzenia najpierw są powolne, po czym przechodzą do coraz szybszych, aż w końcu przechodzą w serię krótkich ciągłych uderzeń. Sami zobaczcie tutaj.

The Caves

Czując niedosyt, pojechaliśmy do najładniejszego w tych okolicach szlaku. Tak naprawdę, to ten szlak chcieliśmy zobaczyć najbardziej, bo to kompletnie coś innego niż to, z czym spotykamy się w naszej codzienności. „Jaskinie”, bo tak w dosłownym tłumaczeniu został nazwany szlak, tak naprawdę nie mają nic wspólnego z jaskiniami. Są to raczej wielkie szczeliny w skałach powstałe na skutek przemieszczania się mas skalnych.

Właściwy szlak prowadzi górą klifu, jest długości 0.8 km, posiada parę ładnych punktów widokowych, a średni czas przejścia to 45 min. Nie jestem pewna czy jest to dozwolone, ale jeśli chcecie zobaczyć więcej, musicie zboczyć ze szlaku zaraz przed metalowymi schodami, prowadzącymi na szczyt klifu. Jest to dużo ciekawsze, ale też bardziej wymagające. Czasami będziecie musieli się wspinać, przeskakiwać małe szczeliny i ogólnie uważać żeby nie zrobić sobie krzywdy. Zdecydowanie nie jest to opcja dla osób z dziećmi. Nie da się też dojść tą drogą bardzo daleko, ale spacer między szczelinami skalnymi, znalezienie małej plaży usianej tysiącem białych kamyczków i dźwięk kryształków lodu przemieszczających się po tafli jeziora, są warte wysiłku.

Flin Flon

Następnego dnia, zdecydowaliśmy się jechać do najmniejszego miasta w Manitobie, Flin Flon. Miasto znajduje się w dwóch prowincjach Kanady: Manitoba i Saskatchewan, ale administracyjnie należy do Manitoby. Bardzo byłam ciekawa jakie różnice zauważę zwiedzając dwie różne części miasta. Okazało się, że strona w prowincji Manitoba, była całkiem przyzwoita, z kolei część miasta leżąca po stronie Saskatchewan, bardzo uboga i bardziej „podejrzana”. Jednak to moje prywatne odczucia.

W mieście znajduje się dość ciekawy szlak wokół jeziora Ross Lake. Spacerując tamtędy w okresie wiosennym, wypatrujcie ryb, które udają się, w górę strumienia wypływającego z jeziora. Wszystkie są dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Wracając w Flin Flon, mieliśmy po drodze jeszcze jeden króciutki szlak, raptem 3.8 km. Karst Spring, bo taką nosi nazwę, znajduje się w Grass River Provincial Park. Szlak rozpoczyna się z pola namiotowego Iskwasum Campground. Część szlaku prowadzi przez spaloną część lasu. Pożar lasu był w 2009 roku i do dzisiaj krajobraz wygląda bardzo przygnębiająco. Kolejna część szlaku prowadzi gęstym, porośniętym przez mech lasem,  prosto do naturalnych źródeł, wpływających długim strumieniem do rzeki Grass River. W tym miejscu również zaobserwujecie dziesiątki ryb przemieszczających się w górę strumienia. Dalej szlak prowadzi przy samym brzegu rzeki. Malowniczy, aczkolwiek kolejny szlak, na który nie zabierzecie małych dzieci. Często trzeba się przedzierać przez powalone drzewa lub bardzo ciasne ścieżki i przez całą długość szlaku będzie wam towarzyszyła cała masa komarów.

Północ Manitoby

Z opisu może wydawać się, że podczas tych dwóch dni byliśmy dosyć zajęci. Tak naprawdę, nie pamiętam kiedy ostatnio tak bardzo odpoczęliśmy na naszym wyjeździe. Mieliśmy czas na wszystko, nigdzie się nie spieszyliśmy, dawaliśmy sobie chwile na odpoczynek w miejscach, które wyjątkowo nam się podobały. Wieczorem, przy zachodzie słońca mogłam poćwiczyć jogę na plaży, kiedy mój małżonek tak się zrelaksował leżąc na kocu, że zasnął. Innym razem, czytałam książkę pilnując kolacji pieczonej na ognisku.

Nie zawiódł nas ten wypad, a nawet wielokrotnie zaskoczył. Z pewnością jeszcze powrócimy na północ Manitoby i was też zachęcam do odwiedzenia wszystkich tych pięknych, pełnych dzikiej natury miejsc.

 

2 Comments

Odpowiedz na „zdzmat - tossikAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.