Historia trzech duszyczek

Było październikowe popołudnie. Zmęczona po nocnej zmianie, zabrałam Coopera na spacer zanim zaczęłam przygotowania do następnej nocy. Kochany pies, śpi ze mną zawsze do 13, kiedy przychodzi czas na moją zmianę. Zawsze później wynagradzam mu to długim spacerem. Tak było i tego dnia.

Kuląc się z zimna, zastanawiałam się, jak szybko w tym roku przyjdzie zima. Noce stawały się coraz chłodniejsze. Właściwie był to podobny czas, w którym dokładnie rok temu przygarnęliśmy Coopera. Moje myśli szybowały od przemijającego lata, do zimowych wieczorów. Z zamyślenia wyrwało mnie szarpnięcie smyczy.

Pies zatrzymał się nagle i stanął jak wryty z nosem ku górze węsząc, jakby co najmniej poczuł zapach świeżego steku.  Byliśmy akurat na ścieżce, przy której znajdują się miejsca campingowe. W pierwszej chwili pomyślałam, że może „turyści” zostawili resztki jedzenia i to tak zachęca psi nos. Kiedy przyjrzałam się bliżej, zza krzaków dostrzegłam…

Trzy zagubione duszyczki

Na stole piknikowym, siedziały skulone, przytulone do siebie trzy małe kociaki. Cooper jest wyjątkowo przyjaznym, lecz zakręconym psiakiem. Nie było mowy, aby podejść do nich razem z nim. Jedyne co mogłam zrobić to przypiąć psa do drzewa obok i pójść sprawdzić zguby, albo odstawić psa do domu i wrócić. Zgadnijcie, którą z opcji wybrałam?

Cooper nawet na początku zachowywał się dość przyzwoicie, ale kiedy tylko zobaczył, że jeden z kociaków od razu wdrapał mi się na kolana, chciał wyrwać drzewo z korzeniami. Korzenie nie puściły, ale smycz już tak…Dowiedziałam się wtedy, że mój pies prawie potrafi wdrapywać się na drzewa. Brawa dla mnie!

Zła na siebie, zaciągnęłam kudłatego do domu. Było już naprawdę późno, a ja przecież musiałam iść do pracy! Jednak nie dawał mi spokoju ciągle przewijający się przez moją głowę obraz kulących się z zimna kociąt. Nie wiedziałam co mogłabym w tej sytuacji zrobić, ani gdzie się udać czy zadzwonić. Postanowiłam wrócić do parku, już bez psa i sprawdzić dokładniej, czy aby przypadkiem koty nie wyszły tylko na spacer.

Tak jak podejrzewałam, kociaki nie posiadały żadnych znaków, że są czyjeś. Były zadbane, przyjazne, ale nie miały obroży, tatuaży, ani niczego innego, co mogłoby wskazywać na przynależność do człowieka. A powiedzmy sobie szczerze, trzy małe kulki raczej ot tak sobie nie wychodzą na spacer i nie siedzą ciągle w jednym miejscu. Prawdopodobnie ktoś je tam zostawił celowo…

Bezradność

Jak bardzo bym chciała, tak nie mogłam zabrać duszyczek do domu. Cooper z pewnością nie posiadałby się ze szczęścia, ale kociaki mogłyby mieć skazę na psychice do końca życia. Nie znałam nikogo, kto mógłby się nimi zająć i nie bardzo wiedziałam co robić w takiej sytuacji.

Kocięta usadowiły mi się na kolanach, jeden z nich bawił się moimi kluczami, a ja próbowałam znaleźć w Internecie informacje co robić. Najpierw próbowałam skontaktować  się z Furever Friends Cat Rescue, jednak nikt nie odbierał. Miejsce, w którym zajmują się kontrolą zwierząt, również nie odpowiadało. Coś musiałam zrobić. Nie mogłam zostawić zwierząt samych sobie.

Spakowałam sierściuchy na miejsce pasażera i pojechaliśmy do urzędu miasta. Nie wyobrażacie sobie jak problem jest z trzema kotami podczas 5 minutowej przejażdżki! Jeden od razu z przerażeniem wlazł pod fotel, drugi wybrał się na przechadzkę po wszystkich kątach samochodu, a trzeci wlazł mi na ramię i podgryzał ucho.

Czy ktoś mi pomoże?

Dojeżdżając na miejsce, nie bardzo chciałam zostawić je w samochodzie w obawie przed tym, że mogłoby im się zachcieć skorzystać z toalety, a przecież kuwety ze sobą nie wożę! Kiedy tylko udało mi się je wszystkie znaleźć i złapać, a łatwo nie było, zrobiłam z siebie „mamę kangurkę”. Z wsadzonymi pomiędzy bluzę kociakami, pognałam do urzędu.

Musiałam wyglądać co najmniej dziwnie, ale ludzie w Altonie są bardzo przyjaźni, więc nikt złego słowa nie powiedział. Chodziłam od drzwi do drzwi. Nikt nie wiedział jak się tym zająć. W końcu jedna starsza pani, widząc, że koty wiercą się niecierpliwie próbując uciec, zaprowadziła mnie w odpowiednie miejsce. Ktoś gdzieś zadzwonił, ktoś inny dał mi mapę i instrukcję gdzie mam jechać i na kogo czekać.

Udało się! W umówionym miejscu, spotkałam się z panem, który zajmował się takimi przypadkami! Ucieszona, że dałam sobie ze wszystkim radę, śmiało podążyłam do małego, wskazanego mi pomieszczenia.

Dylemat

Wydawałoby się, że to koniec przygody. Problem z głowy! Dobry uczynek odhaczony i można zająć się swoimi sprawami. Wchodząc do ponurego pomieszczenia z klatkami dla zwierząt, już nie byłam tak pozytywnie nastawiona. Nie ułatwiał tego fakt, że przywitał nas rozpaczliwy płacz innego, jeszcze mniejszego kociaka, który był tam sam. Miał tylko misia w klatce.

Moje serce nie wytrzymuje takich widoków. Od razu do oczu napłynęły mi łzy. Było mi wstyd przed urzędnikiem, ale nie mogłam nic poradzić…Taka już jestem. Pociągając nosem, odpowiedziałam na pytania gdzie i kiedy odnalazłam zguby, czy nie chcę ich zatrzymać itd. Wychodząc, upewniłam się tylko, co się teraz z nimi stanie.

Pomagamy

Nie miałam się czym martwić. Okazało się, że bardzo szybko koty trafiły w miejsce, skąd zostały adoptowane! Jeszcze tylko jedna z duszyczek czeka na swój dom. Można ją, obecnie spotkać w Pet Value w Winkler. Sami sprawdźcie jaka jest słodka: Jade

To zdjęcie pochodzi akurat z fanpage’a Furever Friends Cat Rescue 

Sterylizacja/kastracja

Wiem, że zabiegi te wywołują wiele emocji. Sama miałam dylemat co do kastracji Coopera. Po takich przygodach, jak opisana wyżej, jestem w stu procentach za pozbawianiem płodności psów i kotów. Wolę, żeby mniejsza ilość zwierząt miała szansę na bycie kochanym zwierzęciem domowym, niż żeby były porzucane lub topione…

Dbajcie o swoje pupile i nie odwracajcie głowy, gdy widzicie duszyczkę w potrzebie. Gdy znajdziecie w Kanadzie psa czy kota, który będzie miał przyczepioną zawieszkę do obroży, sprawdźcie ją dokładnie. Na zawieszkach powinien się znaleźć przynajmniej numer telefonu i adres kliniki weterynaryjnej, do której jest zgłoszone zwierzę. W takim przypadku, wystarczy zadzwonić do kliniki lub zawieźć do nich zwierzątko, a oni zrobią za was resztę. 

Jeśli trafiłeś na bezdomnego zwierzaka, szukaj wszędzie w okolicy placówek, które mogą ci pomóc. Dobry pomysł to wszystkie stowarzyszenia, schroniska i kliniki dla zwierząt. Oby takich przypadków było jednak jak najmniej! Pozdrowienia z wciąż zaśnieżonej Manitoby 😉 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *