Road trip po USA-cz.II

Poprzedni wpis skończyłam na wyjeździe z Los Angeles i pożegnaniu Kalifornii. Dzisiaj, opowiem wam trochę o słynnej niegdyś drodze nr 66, swoich wrażeniach po pierwszej styczności z Wielkim Kanionem i kilku przygodach, które przydarzyły nam się w drodze powrotnej z USA do Manitoby. Zapraszam!

Dla przypomnienia, wklejam mapę naszej objazdówki.

Arizona

Jako, że wyjechaliśmy z Los Angeles dość późno, a był to dzień pełen wrażeń, trzeba było rozejrzeć się za noclegiem i tak nieopodal miejscowości Lake Havasu City, znaleźliśmy darmowy camping. Na miejsce dojechaliśmy dość późno, wszyscy obozowicze już spali. Mogliśmy w ciszy poobserwować rozświetlone od gwiazd niebo. To lubię najbardziej w całych naszych podróżach.

Natura rządzi się swoimi prawami, a my jako ludzie zawsze staramy się iść jej na przekór. Siedzimy długo w nocy oglądając telewizję i scrollując media społecznościowe, a rano śpimy do późna lub nie dosypiamy. A w takiej głuszy, co możesz robić? Nie ma telewizji, bardzo często nie ma internetu! Robi się ciemno, idziesz spać, a kiedy zaczyna świtać-wstajesz. Takie to proste, prawda? Szczerze mówiąc, czasami nie wiedzieliśmy nawet jaki jest lokalny czas. Bardzo szybko dostosowaliśmy się do swoich zegarów biologicznych i działaliśmy zgodnie z nimi, czyli tak, jak powinno być zawsze.

Indre

Anyway, kiedy wstaliśmy o świcie, krajobraz jak zawsze zrobił nam niespodziankę. Byliśmy na pustyni otoczonej skałami. Kiedy my przygotowywaliśmy się do dalszej podróży, inni obozowicze zaczynali się wybudzać. Już mieliśmy wyjeżdżać, kiedy podeszła do nas starsza kobieta, ubrana w szlafrok i czapkę, zapraszając nas do swojej przyczepy campingowej na poranną herbatę.

Mój mąż będąc chyba w szoku, odmówił! Myślałam, że wyjdę z siebie-toż to niegrzecznie! Starsza pani jednak nie dała za wygraną i zaraz przybiegła z powrotem, pytając czy nie potrzebujemy wskazówek do dalszej drogi i uwaga, zaprosiła nas ponownie! Tym razem nie było mowy żeby powiedzieć miłej pani nie.

Indre, bo tak miała na imię, okazała się fantastyczną 70-latką o duszy 20-latki. Z rozmowy dowiedzieliśmy się, że była stewardesą i całe życie podróżowała samolotem, a  sześć miesięcy temu sprzedała dom, kupiła za te pieniądze przyczepę campingową i podróżuje po Stanach zupełnie sama. Cudowna i mądra kobieta. Zrobiła na nas ogromne wrażenie swoją postawą i odwagą do życia. To jedno z tych spotkań, które zapamiętuje się do końca życia. Indre stała się moją inspiracją.

Droga 66

Jadąc dalej, postanowiliśmy odwiedzić kilka miejsc wzorując się na serii Busem Przez Świat. I tak, najpierw zatrzymaliśmy się przy knajpie Mr D’z w mieście Kingman. Bardzo fajne miejsce do zrobienia kilku fotek, jedzenia nie sprawdzaliśmy. 

Po szybkim stopie, udaliśmy się do oddalonego o 30 min Hackberry. Znajdziecie tam starą stację benzynową, przerobioną na sklep z pamiątkami. Nawet jeśli, tak jak ja nie lubicie kupować wszystkich śmieciowych i tak warto wejść się rozejrzeć. Miejsce ma niesamowity klimat! Sami zobaczcie.

Istna graciarnia, ale w jakim stylu! Właściciel kolekcjonuje rzeczy zostawione przez turystów jak: pieniądze z różnych części świata (w jednym miejscu cały sufit jest nimi wyłożony, znalazłam też 10 PLN), tablice rejestracyjne, flagi, znaczki, naszywki i inne pierdoły, które ludzie mają ochotę przypiąć gdzieś, żeby zostawić jakiś ślad po sobie. 

No cóż, powiedziałam, że nie lubię kupować pierdołowatych pamiątek. Bo nie lubię, ale nie mogłam się oprzeć, żeby nie zabrać ze sobą zardzewiałego znaczka Route 66. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że trail kończy się u nas w domu 😀 

Selingman

Godzina jazdy drogą 66 może niejednokrotnie sprawić, że ciarki przejdą wam po plecach. Opuszczone domy, stacje benzynowe czy hotele i pusty, praktycznie wymarły krajobraz działa na wyobraźnię. 

Selingman za to jest uroczym miasteczkiem, stylizowanym na lata dobrze pamiętające popularność starej  66-stki. Oczywiście jest to miejsce typowo turystyczne z masą knajpek i sklepików, w których można kupić wszystko, poczynając od magnesów na lodówkę, kończąc na kuflach do piwa. 

Wielki Kanion

Jednym z moich marzeń, było zobaczyć to cudo natury. I teraz tak naprawdę, co bym nie napisała, moje słowa nie oddadzą wrażenia, jakie robi pierwszy kontakt z Wielkim Kanionem. Tam trzeba być, to trzeba zobaczyć, przeżyć, zderzyć się z emocjami jakie ten widok wywołuje. 

Zdjęcia też niestety nie oddają zbyt wiele. Tym razem, nie chcieliśmy zepsuć sobie wszystkiego ciągłym gnaniem naprzód. Spędziliśmy w Parku Narodowym Wielkiego Kanionu ładnych parę godzin. Park jest rozległy i nie zobaczyliśmy wszystkiego, ale znaleźliśmy miejsce po zachodniej części parku, gdzie mogliśmy usiąść z widokiem na Kanion bez barierek. Ugotowaliśmy nawet w tym miejscu obiad na przenośnej kuchence gazowej. Romantycznie nie musi być tylko w drogiej restauracji. 

Jeśli chcecie zobaczyć więcej to polecam widok na mapach Google np. tutaj

Arizona-Utah nocą

Szczerze mówiąc, chcieliśmy zobaczyć jeszcze więcej, ale przez to, że spędziliśmy nad Kanionem tak dużo czasu, nie zdążyliśmy. Zastała nas noc, szukaliśmy kolejnego noclegu jadąc przez stan Utah. Miałam nadzieję, że uda nam się znaleźć miejsce, w którym będziemy mogli się przespać w naszej Hondzie, ale okazało się to trochę niebezpieczne. 

Sporą część drogi do Kolorado jechaliśmy przez rezerwaty tamtejszych „pierwszych nacji”. Niestety, ale niejednokrotnie na stacjach benzynowych lub na parkingach sklepów byliśmy zaczepiani przez mieszkańców. Pomimo zmęczenia, zdecydowaliśmy się jechać dalej. Finalnie, noc spędziliśmy nieco wyżej w Kolorado, docierając do możliwie bezpiecznego miejsca około godziny 1 w nocy czasu Manitoby. 

Dom

Jadąc dalej, nie mieliśmy już zaplanowanych stopów. Myśleliśmy już tylko o tym, żeby móc sobie odpocząć chociaż jeden dzień przed powrotem do pracy. Mimo wszystko, krajobraz cały czas zaskakiwał. Dodam jeszcze tylko, że podobnie jak zaczęliśmy naszą wyprawę opadami śniegu, tak też ją skończyliśmy. Co prawda, warunki na drodze były trochę lepsze, ale jednak prawie całą Nebraskę i Południową Dakotę przejechaliśmy wraz z sypiącym śniegiem. 

Podróże

Miło było wrócić do domu. Miło było wziąć długą, gorącą kąpiel. Miło było ugotować porządny obiad i zrobić pranie. Miło też było przespać się w wygodnym, ciepłym łóżku. Mam jednak tę świadomość, że tak naprawdę nie potrzebujemy w życiu wszystkich tych wygód. Nie potrzebujemy drogich mebli i super nowoczesnych sprzętów. Odnoszę czasami wrażenie, że kiedy zaczynamy mieć zbyt dużo, przytłacza nas to i nie czujemy się wcale szczęśliwi.

Podróże to wolność i uzależnienie w jednym. Czujesz się wolny zostawiając wszystko za sobą. Nie musisz myśleć o pracy, o rachunkach, o niezałatwionych sprawach. Tak łatwo jest spakować się w jedną walizkę i jechać przed siebie. Po powrocie można docenić bardziej to co się ma. Przynajmniej do momentu, w którym znowu nie zatęsknisz rzucić wszystkim i jechać gdzieś daleko, daleko przed siebie. 

 

 

 

 

 

 

4 Comments

  1. Route 66…to marzenie chyba każdego podróżnika! super, że tam byłaś, może i ja się kiedyś w końcu wybiorę:)

  2. Witam, słynną i jedyną drogą 66 jest gdzieś tam na mojej liście marzeń podróżniczych, ale póki co nie ruszamy się poza Europę:(

  3. Hej Paula,
    Wielki Kanion to jest także nasze podróżnicze marzenie. Niesamowite dzieło przyrody! Piękne są też stare amerykańskie wozy -podoba mi się ten odremontowany granatowy 🙂
    Podobno to wszystko można zobaczyć w TV (tak mówią niektórzy), ale sądzę, że tylko osobiście przeżyta podróż może skłonić człowieka do refleksji 🙂
    Pozdrowionka :))

    1. Madzia, już niedługo będziesz mogła zrealizować swoje marzenie 😉 W TV można zobaczyć, ale nigdy nie przeżyje się tych wszystkich emocji. Telewizja czy internet powinny tylko inspirować do odkrywania pięknych miejsc 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *