Road Trip po USA cz.I

Patrząc na mapę naszej wyprawy, nadal nie mogę uwierzyć, że w tak krótkim czasie zdołaliśmy tyle przeżyć i zobaczyć! Bywało zabawnie, czasami strasznie. Byliśmy brudni, zmarznięci, zmęczeni, ale szczęśliwi. Macie ochotę dowiedzieć się więcej? Zapraszam na krótką relację.

14 lutego

Mogłoby się wydawać, że wybraliśmy sobie datę idealną na wyjazd. Toż to Walentynki! Czwarta rocznica naszych zaręczyn. Bez różowych misiów i baloników wypełnionych helem, po prostu pakujemy się i jedziemy. Wszystko było idealnie oprócz tego, że byliśmy oboje zmęczeni po nocnej zmianie i byłam chora…Jednak raz się żyje, zdecydowaliśmy, że damy radę i 14 lutego wieczorem, wyjechaliśmy.

Czy to był błąd?

Od samego początku niestety nie obyło się bez problemów. Północna Dakota przebiegła dość łatwo i szybko, ale w Montanie złapała nas śnieżyca…Oczywiście mogliśmy wcześniej sprawdzić prognozę pogody, ale nie zrobiliśmy tego… Naprawdę się bałam kiedy pół nocy sypał śnieg, a gdy już przestał, okazało się, że pod warstwą śniegu jest lód. Co chwilę widzieliśmy samochody, których kierowcy mieli nieszczęście wpaść w poślizg i znaleźć się w rowie. Strasznie to opóźniło naszą podróż, o zmęczeniu i zszarganych nerwach już nie wspomnę.

Miasto otoczone górami

Nasz pierwszy (i jedyny) zarezerwowany nocleg mieliśmy w Salt Lake City. Jest to spore miasto w stanie Utah otoczone górami. Przepięknie wygląda panorama miasta, szczególnie wieczorem przy zachodzie słońca. Dotarliśmy tam 15 lutego o 22:00 czasu Manitoby. Ostatnie mile były nie małym wyzwaniem. Wjeżdżając do miasta, zderzyliśmy się z ogromnym ruchem na drogach. Panował agresywny pośpiech, w którym pomimo zmęczenia, trzeba było się jakoś odnaleźć. 

Cudownie było wziąć prysznic i  położyć się spać po tak długiej podróży. Dopiero rano zauważyliśmy, że dzielnica miasta, w której zarezerwowaliśmy Airbnb wyglądała praktycznie tak samo jak Anglia! Domy z czerwonej cegły i cały klimat dookoła przywołał sporo wspomnień 😉

Valley of Fire (Dolina ognia) 16.02.2018

Jadąc z Salt Lake City do Parku Stanowego Valley of Fire, przejeżdżaliśmy drogą nr 15, która w pewnym momencie ciągnie się między wysokimi, skalnymi ścianami. Niesamowity widok, jakby jechać w dole kanionu. Odcinek ten znajduje się niedaleko miejscowości Littlefield w Arizonie.

Co do parku, jeśli tylko będziecie mieć kiedykolwiek okazję go odwiedzić, serdecznie polecam! Wjazd na teren parku jest płatny $10. Na terenie parku znajdują się dwa pola campingowe z dostępem do toalet i pryszniców. Jednak dzięki naszemu super zorganizowaniu i super myśleniu, że zimą nie będzie tłumów, nie załapaliśmy się na wolne miejsce…I tutaj właśnie okazało się, że do poniedziałku Amerykanie mają wolne, gdyż iż obchodzony jest Dzień Prezydenta!

Na nasze szczęście, nieopodal parku był darmowy camping. Co prawda, nie miał ani toalet ani pryszniców, ale daliśmy radę rozbić namiot i przeżyć najpiękniejszy wschód słońca, jaki kiedykolwiek udało nam się do tej pory zobaczyć!

Noc była piekielnie zimna, ale jakimś cudem rano przestało mnie boleć gardło. A prysznic i tak wzięliśmy na polu campingowym w parku 😉

Las Vegas 17.02.2018

Czas nie pozwolił nam się dobrze rozejrzeć po Vegas, ale to co udało nam się zobaczyć, upewniło nas tylko w przekonaniu, że staniemy na uszach żeby tam wrócić. Planujemy to zrobić nawet jeszcze w tym roku, ale jak wyjdzie, zobaczymy 😉

Wielkie sekwoje

Majestatyczne widoki zaczynają się jeszcze daleko przed wjazdem do Parku Narodowego Sekwoi, nieopodal miejscowości Three Rivers. Zresztą, sami zobaczcie.

Droga do parku biegnie przez góry, wobec tego jest kręta z niezliczoną ilością serpentyn. Oczywiście dojechaliśmy do niej wieczorem, zaraz po zmroku… Na teren parku wjeżdżaliśmy również po zmroku, z myślą o rozbiciu namiotu na polu campingowym. Oczywiście, że nie było miejsc, a pani przy „kasie biletowej” ostrzegła nas, że spanie gdziekolwiek poza wyznaczonymi miejscami campingowymi jest zabronione.

To był moment, w którym zaczęłam się pienić. Czemu do cholery nie przyszło nam do głowy zrobić rezerwacji? Gdzie niby teraz spędzimy noc? I po co właściwie było kupować bilet wstępu do parku w nocy?? W fantastycznych humorach zdecydowaliśmy się jechać w stronę campingu. Znaleźliśmy jakieś miejsce żeby postawić samochód i zaczęliśmy kombinować. Ze zmęczenia przychodziły nam coraz głupsze pomysły… W końcu jednak zdarzył się cud i młoda para z Kalifornii zaproponowała nam spędzenie nocy na ich miejscu! Było na tyle sporo wolnej przestrzeni, że nasz namiot bez problemu się zmieścił, a my przy okazji poznaliśmy bardzo fajnych ludzi 😉

No, ale co z tymi sekwojami??

Już piszę! Sam park jest ogromny. Właściwie, tak naprawdę na wjeździe kupuje się bilet do dwóch Parków Narodowych(Sequoia and Kings Canyon). Wstęp na 7 dni kosztuje $30. Park znajduje się w górach i tak jak poprzednio, trzeba pokonać drogę pełną bardzo ostrych zakrętów, prowadzącą wysoko w góry. Dla osób, które mają chorobę lokomocyjną/problemy z szybką aklimatyzacją na zmieniające się ciśnienie, to nie będzie  przyjemność… Ja niestety nie mogłam prowadzić. Kręci mi się w głowie od zmieniającej się wysokości (dokładnie tak samo mam przy starcie samolotu) i oczywiście było mi całą drogę niedobrze. Ale było warto!

Drzewa

To nie są zwykłe „drzewa”. Naprawdę będziecie musieli zbierać szczękę z podłogi, kiedy zobaczycie jakie są wielkie. Trochę to przerażające, jak malutki czuje się człowiek przy tych gigantach! General Sherman, czyli 84 metrowa sekwoja mierząca średnicę 8 metrów, to jedno z największych drzew na świecie, a jej wiek szacuje się na około 2300-2700 lat.

 

Kalifornijskie wybrzeże

W Parku Sekwoi spędziliśmy w sumie dwie noce. Ostatnia była wyzwaniem, bo temperatura spadła w nocy poniżej 0°C i spadł grad. Gdyby nie to, że pomiędzy nami spał Cooper, prawdopodobnie zamarzlibyśmy na kość 😀

Prawie uwierzyliśmy, że teraz już będzie lepiej i udaliśmy się nad kalifornijskie wybrzeże żeby w końcu ogrzać się w promieniach kalifornijskiego słońca. W miejscowości Los Osos, do której dotarliśmy 19 lutego nie udało nam się nawet do końca rozłożyć namiotu…Wiatr był tak silny, że prawie połamał nasz tymczasowy dom. W tym momencie się poddałam.

Od dwóch dni nie braliśmy prysznica, bo ni jak nie mogliśmy go znaleźć, a camping w ostatnim miejscu go nie posiadał. W Kalifornii niestety jest zbyt dużo bezdomnych i z tego względu po pierwsze praktycznie nie ma darmowych pól campingowych, a po drugie nie ma publicznych pryszniców np. na stacjach benzynowych (przynajmniej tam gdzie szukaliśmy nie było).

Cóż było robić, zjedliśmy bajgle z serkiem Philadelphia, przegryzając pomidorkami koktajlowymi, siedząc w samochodzie na szczycie klifu i gapiąc się w ocean, po czym pojechaliśmy dalej. Nie mogliśmy spędzić nocy w namiocie, hotele w Kalifornii są piekielnie drogie, a znalezienie noclegu będąc z psem nie jest takie łatwe. Finalnie zdecydowaliśmy spędzić noc w samochodzie, na jednej z Rest Area w Santa Maria.

Była to nasza pierwsza noc w naszej starej Hondzinie, ale zapoczątkowała całą serię okropnie niewygodnych noclegów. W tamtym momencie coś w nas pękło i już nie przejmowaliśmy się tym, że prawdopodobnie śmierdzimy i wyglądamy jak ostatnie łajzy. Nie ważne były wszystkie niewygody, byliśmy razem, przeżywaliśmy przygody, spotykaliśmy ciekawe osoby, po co się przejmować czymś na co nie mamy wpływu?

Los Angeles

20 lutego, w drodze do Los Angeles, na jednym z punktów widokowych spotkaliśmy strażnika pobliskiego Parku Narodowego Los Padres. Po krótkiej rozmowie, dostaliśmy wskazówki jak dojechać do pola campingowego z prysznicami! Co prawda, prysznice były tylko dla obozowiczów, ale pan strażnik był tak miły, że napisał nam na kartce pozwolenie na korzystanie z pryszniców i rozmienił nam pieniądze żebyśmy mieli jak zapłacić za kąpiel (prysznice były na 25 centowe monety). Jak dobrze było znowu być czystym! 

Miasto Aniołów zrobiło na nas ogromne wrażenie. Piękne, to mało powiedziane. Nic dziwnego, że tyle osób chce mieszkać w tym miejscu. Można by śmiało powiedzieć, że Los Angeles, to miasto luksusu. Cudowne plaże z budkami ratowniczymi jak ze Słonecznego Patrolu; palmy otaczające cię z każdej strony; domy, w których możesz tylko pomarzyć żeby móc mieszkać; aleja gwiazd; Hollywood; Beverly Hills- raj na ziemi, ale czy na pewno? 

Obok tego pięknego obrazka dzieją się bardzo smutne rzeczy. Bezdomni śpiący na plażach lub na ulicach, emigranci pracujący na polach z owocami i mega wysokie ceny wszystkiego, to koszta jakie trzeba ponosić chcąc mieszkać między „najlepszymi”. Poruszając się po mieście samochodem, bądźcie przygotowani na parogodzinne stanie w korkach. Droga z plaży do miejsca, gdzie mogliśmy zobaczyć słynny napis „Hollywood” zajęła nam dobre 1,5 godziny, a wyjechanie z samego Los Angeles- jakieś 4.

Połowa

Ten post już zaczyna być zbyt długi, a my przejechaliśmy dopiero połowę trasy! Jeśli podoba ci się część pierwsza, to niebawem zapraszam na część drugą, w której opiszę między innymi drogę 66 i wizytę w Wielkim Kanionie. Jeśli planujecie pobyt w którymś z wyżej wymienionych miejsc i chcecie o coś zapytać, to piszcie śmiało! A poniżej możecie dokładnie zobaczyć jak wyglądała nasza trasa 😉

12 Comments

  1. Wow, podziwiam Was za chęć ruszenia się zimą i to w tak długą trasę 🙂 Super widoki rozpalają wyobraźnię. Z dużym zainteresowaniem śledzę Twojego bloga, ponieważ za klika miesięcy (o ile wszystko dobrze pójdzie) zamieszkamy w Killarney MB.
    Pozdrawiam ciepło z mroźnej Brzozy k. Bydgoszczy 🙂
    PS
    I też mamy psa, a właściwie sunię, którą ze sobą zabieramy do Kanady 🙂

    1. Dziękuję 🙂 Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze i zostaniemy „sąsiadkami” 😀 Jak już tu będziecie, to zapraszamy do siebie, koniecznie z sunią 🙂 albo możemy się wybrać razem na hiking, bo od Was będzie bliziutko do Turtle Mountain Provincial Park 😉

      1. Dziękuję za zaproszenie, chętnie się z Wami spotkamy. Jeszcze raz dziękuję za mega fajnego bloga 😀

  2. Piękne zdjęcia, zakochałam się w tych drzewach i wyżłobieniach skalnych. Trasa wygląda na bardzo rozległą i jeśli 2o lutego to połowa, to zachodzę w głowę czy już zdążyliście wrócić? W każdym razie, czekam na część 2 🙂 no i brawo dla psiaka, za te pokonane km w aucie!

  3. No prosze 🙂 musieliśmy was gdzieś mijać na trasie po stronie Kanadyjskiej, bo 14 lutego jechaliśmy do Emerson uaktywnić PR 🙂

    Piękna przygoda zrobić takie road trip w US. A wizy załatwialiscie jeszcze Europie czy w Kanadzie?

    1. No proszę 😉 Jak będziecie jeszcze kiedyś w Emerson, to zapraszamy na kawę do Altony 🙂
      Wizy załatwialiśmy w zeszłym roku w Kanadzie. Nie było z tym większego problemu, a wizy dostaliśmy do USA na 10 lat 😉

      1. Wow! No to super informacja, bo większość osób odradza załatwianie wizy w Kanadzie:( …tyle, ze innej opcji nie mamy na ten moment haha 🙂

          1. wiesz.. te legendy, że nie wydają wizy, bo przecież mieszkasz w Kanadzie, tylko po to żeby załatwić sobie przepustkę aby uciec do USA haha 🙂

            1. Coś w tym jest, bo naszej znajomej z Chin ostatnio odmówili na czas „rozpatrzenia jej przypadku”. Po sprawdzeniu jej bardziej dokładnie, dostała maila z informacją, że może przysłać paszport, ale wizę dostanie tylko na rok.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.